Idąc na premierę Frankensteina w reżyserii Wojciecha Kościelniaka minąłem mnóstwo eleganckich osób, ale nie wszystkie zmierzały w to samo miejsce co ja. Dosłownie w budynku obok, w Hali Stulecia, za chwilę miał się zacząć koncert Gorana Bregovića, czyli, chcąc nie chcąc, impreza konkurencyjna. Ale kiedy już kilkanaście metrów przed Regionalnym Centrum Turystyki Biznesowej, w którym spektakl jest wystawiany, zobaczyłem szpaler zakapturzonych postaci trzymających pochodnie i czarne flagi z literą „F”, wiedziałem, że zmierzam w dobrym (czyli złym) kierunku.
Na spotkaniu dla mediów dowiedziałem się, że największym wyzwaniem dla ekipy była konstrukcja sceny i ogólnie całej sali (w tym brak balkonu) w budynku Regionalnego Centrum Turystyki Biznesowej. Konrad Imiela zauważył, że najważniejszym wymiarem w teatrze jest głębokość przestrzeni, na której się wystawia, a z tym akurat w RCTB jest bardzo kiepsko – trzeba było między innymi wyjąć kilka rzędów krzeseł, aby się ze wszystkim pomieścić. Im bardziej w trakcie spektaklu czuć było, że nie jest to miejsce przyjazne aktorom i wszelkiej maści realizatorom (a było parę takich momentów), tym większy podziw wzbudzała ich sprawna wspólna praca. Nie przypominam sobie żadnej widocznej, poważniejszej wpadki spowodowanej tymi utrudnieniami – z ekipą Capitolu jest chyba jak z tym koniem, co i po błocie pójdzie.
Wszyscy wiedzą, o co mniej więcej chodzi we Frankensteinie. Należy on do tak rozpowszechnionych popkulturowych motywów, że aby się orientować, w zasadzie nie trzeba obejrzeć w całości żadnego z filmów opowiadających tę historię – a jest ich naprawdę sporo. Są wersje straszne, zabawne lub stawiające na klimat. Kładące nacisk to na postać monstrum, a to głównie na twórcę, doktora Frankensteina. Nie wspominam już nawet o znajomości powieści – została ona napisana w roku 1818 i właśnie sama data powstania może niektórych odstraszyć. To swoją drogą ciekawe, że postacie z gotycko-romantycznej powieści reprezentującej wczesne science-fiction z początku dziewiętnastego wieku zagnieździły się tak dobrze w popkulturze. Często zdarza się, że to sam potwór nazywany jest Frankensteinem, co jest oczywiście błędem, ale tak często popełnianym, że aż „oswojonym” i wybaczalnym. Zresztą, pod koniec spektaklu znajduje się odwołanie do tej praktyki.
Reżyser zapowiadał, że nie ma co doszukiwać się w jego spektaklu elementów powieści, natomiast wyraźnie będzie widać, że mocno inspirował się filmem z 1931 roku, w którym rolę monstrum grał Boris Karloff. Nie wiem czy to nie nietakt z mojej strony, ale ja odniosłem trochę inne wrażenie. Od najsłynniejszej ekranizacji z Karloffem musical Wojciecha Kościelniaka różnił się znacznie, choćby w tym, że reżyser potraktował historię Victora Frankensteina „kompleksowo” – zaczyna od opowieści o jego początkach na uczelni, ładnie wprowadza postacie skupione wokół głównego bohatera, umiejętnie stawiając je w kontrapunkcie do reszty studentów, którzy są bardzo nieprzyjaźni i służalczy względem profesora. Film, o którym mowa, zaczyna się właściwie „w środku” całej fabuły i traktuje istotne (zwłaszcza psychologiczne) motywy dosyć zdawkowo, co jest oczywiście zrozumiałe ze względu na rok produkcji i czas trwania (67 minut), a czego nie można powiedzieć o spektaklu. Jeżeli już miałbym się doszukiwać w spektaklu obecności ducha któregoś z filmów o Frankeinsteinie, to zdecydowanie powiedziałbym, że dominował Młody Frankenstein w reżyserii Mela Brooksa. Samo to nazwisko już właściwie mówi wszystko – chodzi o parodię. Spektakl Kościelniaka mimo obecności mrocznych momentów, pełnych napięcia i dramatyzmu, w przeważającej mierze ma charakter komediowy – wybuchy śmiechu wśród publiczności były częste i głośne. Pojawiły się również motywy obecne w książce, ewentualnie w filmach ściśle się jej trzymających (vide wersja z 1994 z Robertem DeNiro).
Jeżeli w czymś miałbym się jeszcze nie zgodzić z oceną reżysera jego własnego spektaklu, to byłaby to ilość „scenicznego okrucieństwa”. Zapowiadał on bowiem, że właściwie w ogóle nie będzie epatowania przemocą, czyli tym samym klimatu horroru, a tymczasem było kilka krwawych motywów rodem z mroczniejszych rejonów kinematografii (względnie historii). Nie jest to oczywiście zarzut, bo groteskowy klimat uzyskany przez zestawienie elementów komediowych z okrutnymi (ale nie strasznymi) poczynaniami monstrum był jednym z ciekawszych aspektów tego przedstawienia. W końcu dwuipółmetrowy dryblas z mózgiem mordercy nie może podejmować przemyślanych działań, ani być zbyt delikatny. Stąd też potwór jest bardziej wiarygodny w swoim szaleństwie, odnosząc przy okazji sukces jeśli chodzi o zaskarbianie sobie sympatii publiczności. Tym samym na scenie Capitolu dokonuje się pewna dekonstrukcja tej postaci poprzez połączenie w niej Borisa Karloffa, Christophera Lee i zastępu innych niesympatycznych zombie, z reagującym na dźwięk skrzypiec monstrum Mela Brooksa i archetypowymi „sympatycznymi głupkami”. A że są momenty mroczne i okrutne, na samym początku delikatnie zasugerował głos Konrada Imieli, który życzył „miłego… ekhm, udanego wieczoru”.
Teoretycznie jest to musical, ale pojawia się sporo momentów „mówionych”, co wskazuje na to, że element muzyczny jest w pewnym stopniu służebny względem historii, fabuły, którą reżyser chciał opowiedzieć. Jak już pisałem, cała opowieść przedstawiona jest wyczerpująco – spektakl z przerwą trwa dwie godziny i pięćdziesiąt minut. Dzięki temu „przemiana” Victora Frankensteina z ciekawskiego naukowca w szaleńca z kompleksem Boga jest dobrze naświetlona i wiarygodna. Motyw relacji stwórca-twór został przyozdobiony czytelną aluzją do pewnego renesansowego dzieła, a sama refleksja nad mroczną i jasną stroną nauki oraz skutkami niezachowania pewnych granic w tej materii była przedstawiona w sposób mniej toporny niż w filmie z 1931 roku.
Właściwie brakło mi tylko dwóch rzeczy. Przede wszystkim muzyki na żywo – niektóre piosenki są naprawdę dobre i na pewno brzmiałyby jeszcze lepiej w wykonaniu zespołu. Mogę się tylko domyślać, że na przeszkodzie ku realizacji takiego zamysłu stały warunki, w których wystawiano – cała przestrzeń została wykorzystana doszczętnie i nie było już ani trochę miejsca na jakiegokolwiek muzyka. Drugi element, który bym chętnie zobaczył jako część tego spektaklu to bardziej rozbudowana scenografia laboratorium Victora Frankensteina. Wydaje mi się, że to jeden z istotniejszych smaczków wszystkich ekranizacji: archaiczne, złowrogo wyglądające urządzenia, szklane naczynia z różnokolorowymi bulgocącymi cieczami i dziwne konstrukcje do przewodzenia prądu – to wszystko na pewno spotęgowałoby niezwykły klimat przedstawiania. Ale na pewno byłoby to bardzo trudne zarówno z powodu przywołanego wyżej, jak i ze względu na przyjętą konwencję oszczędnej scenografii i wykorzystania rekwizytów.
Bez wątpienia do tego, że capitolowski Frankenstein jest widowiskiem efektownym i ekscytującym przyczynił się duet Mariusz Kiljan i Cezary Studniak. Ten pierwszy już chyba zawsze będzie mi się kojarzył z sympatycznym teleturniejem „Budujemy mosty”, który bardzo lubiłem w dzieciństwie, więc zobaczenie go w roli tak ekspresyjnej i skomplikowanej psychologicznie było bardzo interesującym przeżyciem. Aktor grający monstrum miał również spore pole do popisu, a to ze względu na to, że reżyser postanowił „dać mu głos”, podczas kiedy w większości filmów zasadą jest, że potwór wydaje z siebie tylko różne dziwne nieartykułowane dźwięki. Świetna była również postać rozgadanego Igora, który dzięki swojej nieudanej wyprawie po mózg geniusza tak naprawdę przecież przyczynił się do tragicznego (ale „klasycznego”) rozwoju wypadków.
Rozbudowany finał, w pierwszej części zdecydowanie apokaliptyczny, zawiera dużą dawkę czarnego humoru i realizuje pomysł, który chyba nie znalazł się w żadnym filmie o Frankensteinie. Roztoczona w nim wizja jest dosyć przerażająca, dlatego dobrze jest mieć świadomość, że to tylko sympatyczni aktorzy śpiewają na scenie takie straszne, eschatologiczne rzeczy. W jego drugiej części zostają już tylko ojciec i syn, Bóg i Adam, stwórca i jego dzieło, ale już nie pan i władca, a jeśli już, to w odwrotnym układzie. Epicki musical-horror-komedia – tego chyba jeszcze nie było we Wrocławiu. Dlatego tym bardziej warto się wybrać.
Jakub Kasperkiewicz
fot. Marcin Wenger / Teatr Muzyczny Capitol


